BRAMOSFERA 2.0 #2: SIMPLE MINDS – STREET FIGHTING YEARS (1989) - PAN WINYL

BRAMOSFERA 2.0 #2: SIMPLE MINDS – STREET FIGHTING YEARS (1989)

To była trudna płyta, tak uważam. I również czuliśmy, że kończy się pewna epoka, próbowaliśmy zrozumieć teraźniejszość. (…) Fakt, czas również nie należał do szczęśliwych, ale dobrze pamiętam świetną zabawę z Trevorem i Stevem. I jak już mówiłem, nie da się tego oddzielić od tego, co działo się w tamtym czasie w twoim życiu.

Jim Kerr, wywiad zapowiadający reedycję „Street Fighting Years” z 2020 roku

TROCHĘ Z HISTORII POWSZECHNEJ

„Ależ to był rok” – mówił Bogdan Olewicz przedstawiając wspomnienia o wydarzeniach między Porozumieniami Sierpniowymi a wprowadzeniem stanu wojennego. W takich okolicznościach rodziła się pierwsza płyta Perfectu w składzie ze Zbigniewem Hołdysem w roli lidera i przewodnika. „Biały Album” komentował dosadnie i ze zrozumieniem dla każdego słuchacza warunki życia we wciąż ponurym, szarym PRL-u. Pamiętacie pierwszą zwrotkę uwertury „Lokomotywa z ogłoszenia”? No właśnie. Na domiar powiem, iż ówcześni songwriterzy w osobie chociażby Pana Bogdana mieli ponadprzeciętne zdolności profetyczne. Spójrzmy choćby na totemy każdej jednej stacji paliw… Aż się prosi jeździć rowerem. Ja jeżdżę i sobie chwalę.

A co, osiem lat później było inaczej? Fakt, coś powoli przechodziło do historii, u sąsiadów – czy to za Odrą, czy za Bugiem – wszędzie huczało, waliło się, deformowało… Ale jeszcze bolało, kulejąca ekonomia, brak wolnego rynku i galopująca inflacja to tylko wierzchołki góry lodowej. Kto pamięta, ten wie jakie wydarzenia towarzyszyły przygotowaniom do obrad Okrągłego Stołu i jaka jatka polityczna poprzedzała pierwsze wybory prezydenckie na demokratycznym łonie.

WIND OF CHANGE ’89

Od strony muzycznej w tamtym pamiętnym roku 1989 dostawaliśmy same słodkości pomagające przetrwać trudny, lecz ważny dla historii czas. Z wykonawców rodzimych: radomska IRA zaliczyła debiut z chłodną reakcją publiki (a szkoda, bo to całkiem dobre granie, to be perfect be honest). „Piątka” Maanamu, czyli „Się ściemnia” z pilotażowym teledyskiem wywołującym za każdym razem ciary na plecach. Niebieska AYA RL, magiczna, choć kontrowersyjna dla wielu „Terra Deflorata” Czesława Niemena wyciskająca z całej światowej muzyki elektronicznej prawdziwą esencję.

Na Zachodzie nowinek mieliśmy też co nie miara, i to nie byle jakich! Za pamięci wymienię czerwcową premierę płyty ciekawej, lecz pomijanej notorycznie w zestawieniach. Znacie ABHW? Mamy tu krzyżówkę yesowatego szaleństwa z karmazynowym majestatem, chociaż bardziej yesopodobny twór. King Crimson przywołuję, bo w nagraniach brał udział Tony Levin, wraz z Billem Brufordem obecny przy Robercie Frippie i Adrianie Belew na „kolorowej trylogii”. Do brzegu.

Maj był chyba najistotniejszy. Freddie wiedział co go czeka, Brian w atmosferze rozwodu z żoną opłakiwał zmarłego ojca. Ale nawet te trudności nie przeszkodziły w wydaniu przez Queen „The Miracle” – odjazdowy, kosmiczny, wykraczający poza wszelkie ramy wysmakowany album o prawie beztroskim charakterze. Dlaczego „prawie”? „Scandal” to komentarz na dociekliwość upierdliwych dziennikarzy szukających sensacji w doniesieniach o stanie zdrowia Mercurego. Nieco wcześniej zaskoczył Robert Smith – tutaj ukłon do naszej Naczelnej Agnieszki 🙂 – podwójna „Disintegration” mimo lat wciąż brzmi świeżo i dekiurowo na maksa. Przy oglądaniu okładki lub słuchaniu np. „Pictures of you” mimowolnie wracają do mnie obrazy sprzed dziesięciu lat… Wiele osób podzieli teorię, że to płyta idealna do rozpamiętywania czegoś, co ostatecznie pozostało nieosiągalne…

Ale to początek miesiąca miał przynieść płytę bardzo istotną, choć też pomijaną i niemalże zapomnianą.

Niemalże…

TREVOR ZŁOTA RĄCZKA

„Once Upon a Time” wyznaczył ekipie Jima Kerra miejsce na szczycie, potwierdzając ich znaczenie w każdej kategorii wagowej. Komercyjny, dobrze wyprodukowany przez duet Iovine & Clearmountain pod oczekiwania rynków obu frontów Atlantyku, ze starannie wyselekcjonowanymi singlami mającymi godnie podkręcać gorącą atmosferę wokół longplaya. Samodzielny hit „Don’t You Forget About Me” – ostatni z udziałem basisty Dereka Forbesa przygotował grunt pod większą imprezę.

Zespół rzadko sięgał po tematy społeczno-polityczne, a przynajmniej tak było do chwili premiery „Once Upon A Time”. W „Ghostdancing” odnaleźć można pierwsze komentarze o wydarzeniach ze świata, odwołania do historii (nawet z polskim akcentem). Pojawia się Irlandia Północna, w XX wieku często obecna w doniesieniach medialnych wskutek niekończącego się konfliktu na tle polityczno-religijnym. I akurat „Ghostdancing” wybrano do pierwszego zagrania na żywo podczas kilkunastominutowego występu Simple Minds w USA. Jedno wydarzenie – Live Aid ’85 – połączyło obydwa kontynenty wspólnym głosem ludzi muzyki supportujących Etiopię w chwili kryzysu głodowego.

A po płycie nastąpił standardowy ceremoniał – trasa. Z niej muzycy dostarczyli suwenirkę w postaci „Live in the City of Light” zmontowany z trzech występów w Paryżu i Sydney. Koncertówka nie tylko wypełniła lukę, ale i robiła za łącznik i preludium do następnego rozdziału w dyskografii Simple Minds. Odstającego od poprzednich diametralnie.

GREEN IS THE COLOUR

„Street Fighting Years” jest dźwiękowym synonimem dojrzałości, pewnego rodzaju powagi i wysokiej klasy, zwłaszcza tam, gdzie do powiedzenia najwięcej miał nauczyciel i mentor niejednego późniejszego producenta. Muzycy wiedzieli z kim rozmawiają i komu powierzają koordynację prac. Od 1978 roku przez studia nagraniowe okupowane przez Kerr & Company przechodziło wiele nazwisk budujących albumy w spójną całość i ewoluujących stylistykę. W przypadku Trevora Horna jasna była sprawa finalnego rezultatu ciężkiej roboty trwającej cały bity 1988 rok w szkockim studiu Highlands. Specjalistyczne, wręcz pedantyczne (w dobrym sensie) podejście dawało gwarancję świeżego, soczystego i dopracowanego brzmienia dalekiego od plastikowych gadżeciarni i prostoty. Owszem, był to pop, ale z jajem, taki ambitny i progresywny, że głowa mała. I jeszcze wprawna pomoc Stephena Lipsona urozmaicająca asortyment… Bajka!

Muzyczna wyobraźnia Trevora bije na łeb wszelkie pomysły i próby grzebania w tym, co wykonał. Na przykład, w żadnych późniejszych remasterów SFY mogłoby nie być. Jeśli w dniu premiery – 35 lat temu (!) – płyta wgniatała w fotel i kazała do siebie wrócić drugi, trzeci, czwarty raz… Ale taką mamy teraz konsumpcyjną epokę – czasami do ingerencji w czyjeś dzieło musi dość. Nie mówię, że to samo zło. Przeróbki czasami dają płytom drugie życie i falę powodzenia u młodszych pokoleń. Mało tego, kosztowne, nierzadko wielgachne boksiska mogą kryć w swoich odmętach naprawdę dobry kontent bonusowy. A „Street Fighting Years” doczekało się fajnej reedycji z besidami singlowych, remiksów i zapisem występu z Werony. W booklecie… też perła… obszerny wywiad z ojcem chrzestnym dzieła.

„…GDY DZIECINA Z BELFASTU ZNÓW NAM ZAŚPIEWA…”

„Street Fighting Years” i jej społeczne przesłanie narodziły się na Wembley. Londyński kolos w połowie lat 80-tych był niemym świadkiem wydarzeń bezprecedensowych, od wspomnianego wcześniej Live Aid po dwa koncerty Queen i… siedemdziesiąte urodziny Nelsona Mandeli. Anty-apartheidowy event z czerwca 1988 roku zebrał kolejną sekcję Artystów wspierających przebywającego od ćwierć wieku w więzieniu południowoafrykańskiego aktywistę. W przypadku zaproszonych Panów z Simple Minds ich rola w inicjatywie była dosyć znacząca, bo wspólnie z Peterem Gabrielem na wokalu odegrali jego klasyczny protest song „Biko” oraz… zaprezentowali przygotowaną na tę okazję „Mandela Day”. Kawałek miał już tekst i naszkicowaną formę, ale wciąż brakowało mu ikry i usprawnień dodanych w toku nagrań. Zrobił dobre wrażenie. Nawet skoczny ten Manifest…

Zbiorowy komentarz do aktualnych wydarzeń. W końcu stajemy na maju ’89 a świat miał przed sobą jeszcze tak wiele do przejścia… Ubóstwiam „This is Your Land” z gościnnym apperance’m samego Lou Reeda deklamującego w środkowej części kawałka. Podobnie mam z jeszcze bardziej zdynamizowanym „Take a Step Back”, za to w „Kick It In” to już po prostu szaleństwo… po którym następuje powolne, melancholijne „Let it All Come Down” z łkającą gitarką Charliego. A potem to już z górki, bowiem ostatnie 20 minut są najważniejsze. Po „Mandela Day”, w pięknym irlandzkim stylu (na melodii ludowej) wjeżdża „Belfast Child”. Muzyczny hołd złożony ofiarom ataku bombowego w Irlandii Północnej w 1987 roku wzrusza, szczególnie przy wokalach Jima. No, i „Biko” – udana interpretacja gabrielowskiego monumentu z multum zaadaptowanych pomysłów nie naruszających w żaden sposób oryginalnej koncepcji. Ending po szkocku – „When Spirits Rise” – zwieńcza spektakl o wojnie i potrzebie pokoju.

Pomysły i ciekawe, nietypowe dla Szkotów zabiegi leją się z głośników wodospadem od pierwszych sekund. Narastanie przebiega wolno, z utworu na utwór – może i leniwie, ale ma być interesująco, nie nudno. Nastrój do połowy longplaya narasta, by później – już bliżej końca – opaść w spokojnym, podobnym do tego wstępnego tonie. Przyznaję, że schemat do mnie przemawia.

„Lata Ulicznych Walk” mogłoby idealnie zamykać lata osiemdziesiąte. Kropka nad „i” i jednocześnie pomost ku nowym, cyfrowym czasom – niestety mniej łaskawym dla naszych Szkockich Przyjaciół.

Pozdrawiam,

Michał Abramek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *