fbpx
„Porozmawiajmy o muzyce” – wywiad z Michałem Bigorajem - PAN WINYL

„Porozmawiajmy o muzyce” – wywiad z Michałem Bigorajem

W październiku mieliśmy bilety w przysłowiowej garści. Letnie tournee Jeffa Lynne’a po UK… Nie wierzyliśmy, że możemy być częścią pożegnalnego akcentu, zwieńczenia kariery, postawienia kropki nad „i”. Całokształt planu wycieczki napawał optymizmem. Bliżej terminu wylotu do Londynu uśmiech na twarzy wywoływała prognoza pogody – drugi tydzień lipca 2025 roku w Anglii miał być gorący i słoneczny, a to przecież w tamtych stronach absolutna rzadkość. Warunki idealne. Tymczasem niedyspozycja zdrowotna lidera Electric Light Orchestra zmusiła go najpierw do odwołania drugiego występu w Manchesterze. Po nim – także ten ostatni, londyński koncert wśród zieleni drzew Hyde Parku spotkał podobny los.

Spotkanie z autorem w Fulham – 12 lipca 2025 r. (for. Karolina Renc/Muzyczne Pocztówki Karoli)

Miesiąc temu na łamach BRAMOSFERY 2.0 miał zostać opublikowany tekst relacjonujący wizytę w Londynie i pożegnanie ELO. Zamiast tego przedstawiam Wam osobę poznaną właśnie w tym czasie. Urodzony w Lublinie, związany z Lubartowem, a mieszkający i pracujący w Warszawie pasjonat muzyki. Człowiek mediów i marketingu – Michał Bigoraj. Nawiązaliśmy kontakt na długo przed wylotem za Kanał La Manche wymieniając informacje na messangerze. Z wypiekami na twarzy oglądałem wywiady wideo ze znanymi osobistościami ze świata dziennikarstwa i muzyki. Są one fundamentem niedawno wydanej przez Michała książki pt. „Porozmawiajmy o muzyce – wywiady z wybitnymi oraz popularnymi postaciami z branży muzycznej i nie tylko”. Dzięki Oficynie Wydawniczej RYTM możemy sięgnąć po wyjątkową antologię rozmów Michała z osobami znanymi ze świata dziennikarstwa, sztuki i muzyki.

Tydzień po powrocie do Polski spotkaliśmy się z Szanownym Imiennikiem w jego domu rodzinnym w Lubartowie. Tam przez ponad godzinę rozmawialiśmy o jego książce i tym, co nas przyciąga w muzyce. Okazja do rozmowy była wyjątkowa także z innego powodu. W dniu wywiadu 78 urodziny obchodził Brian May. Gitarzysta Queen stał się w ten sposób nieformalnym patronem tej inicjatywy, dlatego często będzie on wspominany przez Michała i mnie. Startujemy!

Michał Bigoraj – dziennikarz i podróżnik


Michał Abramek: Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem w Twojej osobowości i dorobku, który prezentujesz w mediach społecznościowych bardzo żywiołowo, odważnie i z wielką estymą jest to, że jesteś jednocześnie podróżnikiem i dziennikarzem muzycznym, który mediami żyje na co dzień. Co przedkładasz wyżej: muzykę, czy podróże?


Michał Bigoraj: Na pewno muzykę. Bardzo często jest ona punktem wyjścia. Rzadko kiedy jest tak, że gdzieś podróżuję i dopiero potem, tam gdzie jestem, szukam miejsc związanych z muzyką. Na ogół to właśnie ona wyznacza mi kierunek podróży. Tak jak chociażby ostatnio – spotkaliśmy się w Londynie, gdzie pojechałem na koncert Jeff Lynne’s ELO. To był główny powód. Gdyby nie on, to do stolicy Anglii bym nie poleciał. Powiem też pewną ciekawostkę. Skończyłem ekonomię, natomiast moją specjalizacją na studiach, z której zresztą robiłem pracę magisterską, była ekonomika turystyki, czyli gospodarka turystyczna. Dlatego pierwowzór mojej książki pt. „Przewodnik fana Queen po Londynie”, powstał na kanwie pracy magisterskiej. Nosiła ona tytuł: „Różne formy turystyki specjalistycznej i możliwości ich wykorzystania w Polsce”. Turystyka specjalistyczna to np.: turystyka kulturalna, religijno-pielgrzymkowa, polonijna, edukacyjna itp. Elementy turystyczno – muzyczne zawsze mi towarzyszyły i jest tak do tej pory.

Z Michałem Bigorajem w londyńskiej dzielnicy Deptford – gdzieś tutaj Mark Knopfler usłyszał zespół jazzowy, którego występ zainspirował go do napisania „Sultans of Swing” – lipiec 2025 r. (archiwum prywatne MA)
M.A.: O przewodniku, którego należący do Ciebie egzemplarz pokazałeś, mówisz, że to pozycja trudno dostępna. Czy planowane są jakieś reedycje?


M.B: Tak, jest trudno dostępna. Niedługo zamierzam skontaktować się z wydawcą, bo wydawnictwo Beseder, które wydało książkę już nie istnieje. Ta książka cały czas ma swoich odbiorców, a po wydaniu nowej, siłą rzeczy wróciło zainteresowanie. Zamierzam wrócić do tematu, bo ta książka ma swoich odbiorców i jest na nią delikatny popyt. Po premierze najnowszej siłą rzeczy wspominam także debiutancką, więc wróciło zainteresowanie. Reedycja to moje wielkie marzenie. Tym bardziej, że niektóre miejsca się zmieniły, niektóre już nie istnieją. Książka była wydana w roku 2008, a wówczas zespół współpracował jeszcze z Paulem Rodgersem. W 2011 roku rozpoczęła się zaś, trwająca do dziś, współpraca z Adamem Lambertem Miejsc związanych z Queen przybyło. Książka jak najbardziej powinna mieć zaktualizowane wydanie.


M.A.: Jesteś fanem Freddiego i całego zespołu Queen do tego stopnia, że postanowiłeś zrobić coś, co mogłoby się wydawać niemożliwe, a co powstało dzięki Twojej tytanicznej pracy. Twoje pierwsze zetknięcie z Londynem miało miejsce w latach
dwutysięcznych. Od dwóch do trzech lat zajęło Ci zebranie związanych z topografią miasta i okolic materiałów do tego kompendium wiedzy o zespole.
fot. materiały prasowe


M.B.: Pierwszy raz byłem w Londynie w 2004 roku. Jako student pojechałem tam by dorobić sobie w czasie wakacji. Wykonywałem różne prace fizyczne, a po pracy zbierałem materiały do książki.
Informacje o tym, gdzie mam dotrzeć, kompletowałem już wcześniej, więc nie jestem w stanie powiedzieć ile czasu zajęło mi zebranie wiedzy o tym, do jakich miejsc mam dotrzeć i jakie chcę odwiedzić. Na pewno zajęło mi to wiele czasu. Ale chodziłem tam do wielu miejsc, robiłem dokumentację fotograficzną, sprawdzałem trasy dojazdu, opisywałem jaki związek dana lokalizacja miała z zespołem Queen, co jest tam obecnie.

To samo zrobiłem dwa lata później. Były wakacje – czas przerwy na studiach, a schemat też był identyczny: od rana praca a popołudniami zbieranie materiałów. Przewodnik opublikowałem we wrześniu 2008 roku. W ciągu tych dwóch wyjazdów, odwiedziłem blisko pięćdziesiąt miejsc. Mowa o studiach nagraniowych, uczelniach, które kończyli, lub w których studiowali, pubach, do których chodzili, mieszkaniach i domach , w których mieszkali, kościołach, w których brali śluby itp.

Co ciekawe, byłem też w krematorium, w którym skremowany został Freddie. Tam poznałem osobiście człowieka odpowiedzialnego za tę kremację. Niesamowite przeżycie! Nie mogłem przeoczyć miejsc ich koncertów. Wszystkie w Londynie lub okolicach, bo byłem też chociażby w Brighton, miejscowości nadmorskiej, w której Queen koncertował. W lipcu tego roku odwiedziliśmy stolicę Wielkiej Brytanii z Przyjaciółką, Karoliną. Wręczyłem jej przewodnik, mówiąc: „Prowadź, nie podpowiadam
Ci. Zobaczymy jak i gdzie dojdziemy”. Karolina była w Londynie pierwszy raz i jestem dumny, że trafiliśmy wszędzie, a przewodnik okazał się zaskakująco aktualny.


M.A.: Uważam, że nie jest za późno by wydać reedycję także w języku angielskim, bo Queen jest ciągle na czasie. Freddie przed śmiercią poprosił bowiem managera Jima Beacha, zarządzającego dorobkiem grupy: „Nie pozwól, abym stał się nudny”. Uważam, że obecny management Queen robi wszystko, żeby muzyka zespołu była na czasie. Ciągle pojawia się coś nowego jak remiksy, reedycje, inicjatywy.


M.B.: Dziedzictwo Queen ma się dobrze i myślę, że będzie poszerzane. Więc to dobry moment na zaktualizowanie przewodnika. Żałuję, że wtedy nie zrobiłem wersji anglojęzycznej. Teraz mam już wiedzę i doświadczenie i jeśli będę to robił – zrobię to lepiej niż za pierwszym razem.


2. Odwołany koncert Jeffa Lynne’a


M.A.: Michale, w Londynie spędziliśmy ładnych parę dni. Ty wróciłeś do dobrze znanych ci miejsc z zamiarem przypomnienia ich sobie. Dla mnie to druga po szesnastu latach wycieczka na Wyspy Brytyjskie. Obydwaj przylecieliśmy tam dla tego samego człowieka. Hyde Park nie rozbrzmiał jednak muzyką zespołu. Jakie są Twoje przygody z muzyką Electric Light Orchestra? Ja, rozmawiając z osobami obeznanymi z twórczością Jeffa Lynne’a mówiłem, że ELO zostało – nie ze swojej winy – zepchnięte na margines. Mówi się o nich jako o jednym z najbardziej niedocenianych zespołów rockowych na świecie. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?
Kiedyś też kibicowałem Milanowi… (fot. archiwum MA)

M.B.: Wydaje mi się, że gdy zaczynałem swoją przygodę z dziennikarstwem muzycznym, zespół był ceniony w Polsce bardziej niż obecnie. Wtedy z powodzeniem koncertowała choćby formacja Electric Light Orchestra Former Members, o czym napisałem nawet artykuł do nieistniejącego już magazynu „Twoja Muza”. Wprawdzie Jeff Lynne nie miał z tym nic wspólnego, ale zespół prezentował się całkiem dobrze. Nie byłem nigdy na koncercie ani ELO Part 2, ani Jeff Lynne’s ELO, ani oryginalnego Electric Light Orchestra. Będę używał pełnej nazwy. A oprócz muzyki rockowej najbliższa jest mi muzyka poważna i symfoniczny rozmach.

Generalnie rock symfoniczny i wszelkie formy łączenia go z muzyką klasyczną są mi bardzo bliskie, a Electric Light Orchestra robiła to być może najlepiej w historii. Wiemy o zespołach progresywnych, takich jak Yes, King Crimson, Pink Floyd czy Genesis i innych, które wplatały do swoich utworów elementy muzyki klasycznej w sposób zręczny. Natomiast z takim rozmachem i jednoczesną ogromną przebojowością – nie wiem czy się ze mną zgodzisz – Jeff Lynne i spółka robili to chyba najlepiej na świecie…


M.A.: Powiedziałbym, że najbardziej przystępnie.

M.B. :To im w największej mierze zawdzięczamy obecność sekcji smyczkowej w muzyce rockowej, w ujęciu przebojowym. Od dziecka byłem fanem Electric Light Orchestra. To nie jest zespół z pierwszej dziesiątki moich ulubionych zespołów, ale na pewno znalazłby się w pierwszej dwudziestce. Zawsze byłem oddanym fanem Jeffa Lynne’a. Doceniłem jego warsztat producencki. Ma on ogromny wkład w solową karierę George’a Harrisona i w powrót na scenę Roya Orbisona.

Jako producent pomagał też przy płytach Toma Petty’ego. Odpowiadał też za zremasterowane i „nowe” utwory Beatlesów („Free As a Bird” i „Real Love” z projektu „Anthology” (1994-95) – przyp. MA). Już będąc liderem Electric Light Orchestra
pokazywał, jakim jest świetnym producentem i jak potrafi utwory dopieszczać. Zawsze brzmiały idealnie, ciężko było się o coś przyczepić. Mogły nie podobać się ze strony muzycznej, bo ktoś ma inne gusta muzyczne, ale jeżeli chodzi o samą produkcję – to było mistrzostwo świata. Ten talent produkcyjny przeniósł potem na innych, ale dla mnie sam Lynne jest również bardzo istotny jako członek
Traveling Wilburys. To bez dw óch zdań najlepsza supergrupa w historii, z tym nie ma co dyskutować!

Te dwie płyty, a zwłaszcza pierwsza, były znakomite. Utwory „Handle with Care” czy „End of the Line”, które na pewno usłyszelibyśmy w Hyde Park, zagrane z Dhanim Harrissonem (synem George’a – przyp. MA), są jednymi z moich ulubionych utworów. Są fantastyczne, a jednocześnie ta muzyka jest stosunkowo prosta, bo spotkało się tam po prostupięciu wielkich Muzyków. Wspaniale oddaje to teledysk do „Handle with Care”. Panowie stoją w koło przy mikrofonie, śpiewają i grają na gitarach. Geniusz w prostocie.


M.A.: W niedzielę 13 lipca, w Hyde Park miało miejsce coś, co nazywam „jamboree”, bo kiedy Jeff odwołał koncert ze względu na problemy zdrowotne, fani postanowili zrobić coś, co w sumie było oczywiste. Ogród Różany w Hyde Park – byliśmy tam obydwaj i widzieliśmy jak miłośnicy muzyki Jeffa integrowali się w chwili, gdy tak naprawdę Artysta miał pożegnać się z publicznością. Siła wyższa te plany zniweczyła


M.B.: Fani wspólnie śpiewali tam mój ulubiony utwór Electric Light Orchestra, czyli „Hold on Tight”, cobyło dla mnie wzruszające. Był też absolutny klasyk, „Don’t Bring Me Down”, więc wspominam to bardzo mile. Robi się z tego powoli coś w rodzaju trendu, bo rok temu w Pradze miał odbyć się koncert
Bruce’a Springsteena, który został odwołany i odbył się w tym roku. Ale od innych fanów z Polski wiem, że wtedy miłośnicy Bruce’a spotkali się na rynku w Pradze i zrobili coś podobnego jak fani Jeffa Lynne’a w
Hyde Park. To ciekawa formuła polegająca na tym, że nawet jeśli koncert się nie odbędzie, fani i tak starają się uczcić swojego idola i pokazać, że mają w sobie tę miłość do jego muzyki.

Co ciekawe, nie spotkałem się tam z żadną osobą, która byłaby zła czy wściekła. Byli tam ludzie z Japonii, Hongkongu, z całego świata i generalnie nikt nie miał żalu do Jeffa. Choroba – rzecz ludzka, zdrowie jest najważniejsze. Podobało mi się tak ciepłe i empatyczne przyjęcie faktu, że koncert się nie odbył. I tak powinno być. Wyjazdu do Londynu absolutnie nie żałuję, bo miałem okazję zobaczyć wiele innych miejsc związanych z muzyką, a atmosfera Jeffa Lynne’a oraz Electric Light Orchestra i tak się nad tym wyjazdem unosiła.


M.A.: Nie zapominajmy o podwójnym koncercie, na Wembley i JFK Stadium, bo widzieliśmy się w Hyde Park dokładnie w 40. rocznicę tych koncertów charytatywnych znanych jako LIVE AID. Po obydwu stronach oceanu, z inspiracji Boba Geldofa i Midge’a Ure z Ultravox, pojawiły się na scenach ówczesne wielkie osobistości świata muzyki. Wszystko po to, by wspomóc głodującą Etiopię. Ty byłeś pod stadionem Wembley. Rozumiem, że infrastruktura jest zmieniona, podobnie jak w wypadku elektrowni Battersea?


M.B.:Tak, aczkolwiek byłem przedtem na Wembley tylko raz w życiu, w roku 2004 i wówczas obiekt był w modernizacji, więc nie widziałem go w pełnej krasie. Choć mam za sobą setki koncertów, nigdy nie byłem na koncercie stricte na tym legendarnym stadionie. Bardzo nad tym ubolewam i mam nadzieję, że to tylko kwestia czasu, nim tam trafię. Z tą okolicą wiąże się wątek z historii Queen – niedaleko znajdowało się swego czasu słynne studio De Lane Lea Studios. Tam Freddie z chłopakami nagrał pierwsze taśmy demo.

Podczas pierwszej wizyty powiedziano mi, że zostanie zburzone pod rozbudowę nowej infrastruktury Wembley… i tak rzeczywiście się stało. Studio jest teraz w innym miejscu i pełni zupełnie inną funkcję, niż za czasów Queen. W sąsiedztwie stadionu mamy Wembley Arena, słynną halę koncertową, w której Panowie też dawali występy. Uznałem, że skoro koncert się nie odbył, dobrym głównym motywem dnia będzie coś równie ważnego, czyli 40-lecie Live Aid. Nagrałem nawet na ten temat vloga na moim kanale na YouTube. Intro do niego pochodzi właśnie spod obiektu. Według mnie od koncertu w Filadelfii lepszy był koncert w Londynie. Był ciekawszy, jeśli chodzi o dobór gwiazd, a występ Queen był absolutnie ikoniczny…


M.A.: Słynna godzina 18:41 i wejście Queen; trochę dziwi mnie to, że w tym samym czasie w Stanach doszło do chwilowej reaktywacji Led Zeppelin. I nie dało to takiego efektu „WOW” jak przy secie Queen. A przecież mówimy o pierwszym spotkaniu Legendy na jednej scenie od roku 1980, czyli
od śmierci Johna Bonhama.


M.B.: Tak, ale z tego co wiem, to sami Robert Plant i Jimmy Page nie byli z tego występu zadowoleni. Raczej nie wspominają go najlepiej. Uważają, że Plant nie brzmiał za dobrze, na brzmienie gitar narzekał też Page, więc… Poza Queen na Wembley – może Cię zaskoczę – podobał mi się też m.in. Bryan Ferry, wspomagany przez Davida Gilmoura. Jestem wielkim fanem Bryana Ferry’ego i Roxy Music. Uwielbiam utwór „Jealous Guy” i jego wykonanie na Wembley, to dla mnie magia. Gilmour na gitarze, partie gwizdane – coś pięknego! Wyróżniłbym też Dire Straits. Ich koncert też był świetny.


3. „Porozmawiajmy o muzyce” – antologia wywiadów


M.A.: W którym momencie życia przekonałeś się, że właśnie taki gatunek dziennikarski jak wywiad jest najbliższy Twojemu sercu?


M.B.: Po pierwszych wywiadach poczułem, że to jest forma, która – primo – daje najlepszą możliwość poznania rozmówcy, jego twórczości i zweryfikowania swojej wiedzy o nim. Secundo, lubię też kontakt z
drugim człowiekiem, co wynika z mojego usposobienia. Jestem osobą otwartą, raczej ekspresyjną i kontaktową, więc uznałem, że te cechy mogą się w rozmowie sprawdzić. Wywiad weryfikuje twoją wiedzę, jeśli masz wątpliwości odnośnie jakichś muzycznych faktów. Wiadomo przecież, że w książkach, prasie czy Internecie jest masa błędów. To, że coś jest napisane nie znaczy, że jest prawdą. A artysta na ogół wie co jest prawdą, a co nie. Chociaż też nie zawsze, bo niektórzy po prostu nie pamiętają wielu rzeczy i zdarzały mi się sytuacje, gdy prostowałem ich pomyłki odnośnie faktów z ich kariery. Mówili o czymś, podawali jakieś fakty, a ja na to: „Z tego co wiem, jest inaczej”, na co artysta: „Ach tak, rzeczywiście jest inaczej”.


M.A.: Mówiąc wprost – poprawiałeś ich.

M.B.: Tak. I nie bałem się tego. To nie wynikało z mojej złośliwości… Sam byłem po prostu ciekaw, czy może mam złe dane. Nie boję się więc weryfikować ich wypowiedzi, jeśli moim zdaniem są błędne i – co bardzo w sobie cenię – nie boję się ich krytykować, bo dość często mam krytyczne uwagi do ich twórczości. [DELIKATNY ŚMIECH].


M.A.: Trzymam teraz w ręku Twoją najnowszą książkę, „Porozmawiajmy o muzyce”, czyli wywiady z osobami ze świata muzyki i nie tylko. Swoista antologia wywiadów, przeprowadzonych przez Ciebie przez ostatnie 15 lat. Gdy zacząłem ją czytać, w pierwszej kolejności zapoznałem się z przedmową pióra samego Marka Dutkiewicza, autora „Jolki”. I troszeczkę się wystraszyłem. Mam wrażenie, że dziennikarstwo muzyczne przemija. Pojawił się Internet, ludzie, którzy nie mieli takiego dostępu do stacji radiowych, jak panowie Fabiański, Rogowiecki, Metz czy Niedźwiedzki, teraz mogą właśnie w Internecie – tak jak Ty – śmiało mówić o muzyce, tworzyć. W jakiś sposób rozszerza to zakres aktywności entuzjastów muzyki, którzy dzielą się swoją wiedzą. Czy Twoim zdaniem działa to na plus czy na minus takiej profesji, jaką jest dziennikarstwo muzyczne?


M.B.: I na plus i na minus, bo my jako dziennikarze, mamy na pewno łatwiej, niż mieli nasi koledzy po fachu wiele lat temu. Nie oszukujmy się – Internet bardzo ułatwia nam pracę. Dostęp do informacji jest o wiele prostszy, niż kiedyś. W przeszłości dominowała prasa, książki; teraz mamy Internet i właściwie wszystko możemy znaleźć. Lub prawie wszystko. Nawet jeśli natrafimy na jakąś błędną informację – a jest ich mnóstwo – możemy ją zweryfikować, ale przynajmniej wiemy gdzie szukać i mamy jakiś punkt odniesienia. Natomiast minus tkwi w tym, o czym wspomniałeś. Wszystko jest dostępne od ręki.

Zainteresowanie tekstami dziennikarzy jest mniejsze, bo kiedyś naprawdę czekało się na „Teraz Rock”, wcześniej „Tylko Rock”, na „Machinę” i tym podobne magazyny. Tylko tam można było poczytać o muzyce. A teraz możesz poczytać co chcesz, gdzie chcesz, jak chcesz. To sprawia, że siłą rzeczy spada zainteresowanie tekstami muzycznymi. Dotyczy to generalnie całej prasy, bez względu na dziedzinę. Może stanie się coś takiego co sprawi, że dojdzie do jej renesansu, choć na chwilę obecną wydaje się to mało prawdopodobne. Internet jest też zagrożeniem dla samych dziennikarzy.


M.A.: Jako twórca kanału na YouTube „Porozmawiajmy (nie tylko) o muzyce”, jak i dziennikarskiego profilu na Facebooku „Michał Bigoraj – popiszmy i porozmawiajmy o muzyce”, wielokrotnie pewnie zastanawiałeś się: „Czy moja praca ma sens?”. Według mnie jesteś wypełniony siłą i chęcią do pracy. Nie wiem jednak co czujesz naprawdę.

M.B.: Oprócz platform, które podałeś mam też dziennikarski profil na Instagramie: @mbigoraj_nie_tylko_o_muzyce. Niedawno rozpocząłem na nim nowy cykl zatytułowany „Trzy razy NAJ”. W formie rolek prezentuję w nim wypowiedzi różnych osób z branży muzycznej. Ich zadaniem jest to, by w ciągu minuty odpowiedzieć na trzy pytania: „Największy sukces w karierze”, „Największa porażka w karierze” i „Najlepszy według mnie artysta / zespół”. A Facebook to dla mnie główna sprawa, jeśli chodzi o social media, ale i YouTube jest równie ważny.

W przypadku obu tych platform, a zwłaszcza YouTube’a, pojawiają się też czasem tematy niezwiązane z muzyką, dotyczące kabaretu, dziennikarstwa czy sportu. Muzyka jest jednak zawsze osią tematyczną i punktem odniesienia. Owszem, czasami mam chwile zwątpienia, gdy zdaję sobie sprawę, że poświęcam temu dużo czasu i energii, a nie mam z tego większego pożytku materialnego. Najwięcej siły dają mi fani, którzy piszą, odzywają się, chwalą, dziękują za te treści, mówią że im pomogły. Pomogły coś znaleźć, o czymś się dowiedzieć, że w jakiś sposób na różne rzeczy ukierunkowały.

Moje główne źródła zarobku są inne. Wymienione platformy nie są moim źródłem utrzymania; mam z tego niewielkie profity. Prowadzę własną działalność, zajmuję się szeroko rozumianą reklamą, PR-em, marketingiem, promocją. Sprzedaję powierzchnie reklamowe, prowadzę social media, przygotowuję oferty artystyczne dla artystów, układam mediaplany.. Jestem związany z portalem TwójBohater.pl. To portal umożliwiający fanom rozmowę z idolami, lub zamawianie od nich życzeń dedykowanych. Zarabiam więc głównie w inny sposób. To o czym mówimy, to głównie moja pasja. Współpracuję też dziennikarsko z różnymi mediami tradycyjnymi. I to robię odpłatnie.


M.A.: Jak długo opracowywałeś książkę? Powiedziałeś, że pierwszy wywiad przeprowadziłeś w 2009 roku. Reprezentowałeś też różne portale w przeciągu tych piętnastu lat.


M.B.: Nie tylko portale, ale też czasopisma drukowane. Zacznę od tego, że pierwsza myśl na ten temat pojawiła się przed moimi czterdziestymi urodzinami, które obchodziłem 7 marca 2023 roku. Wówczas uznałem, że chcę sobie zrobić prezent i przygotować coś w rodzaju podsumowania. Postanowiłem opublikować wywiady przeprowadzone przeze mnie przed czterdziestką, co jest bardzo istotnym kluczem. To nie wszystkie, a wyselekcjonowane rozmowy. Potem zrobiłem kolejne – być może ukażą się w kolejnej
książce. Dwa ostatnie z wybranych do książki wywiadów, przeprowadziłem dokładnie w dniu swoich czterdziestych urodzin. Jednym z nich była rozmowa z Grupą MoCarta, która jest jakby puentą, wisienką na torcie tej publikacji. Takie było pierwsze założenie. Można więc powiedzieć, że skoro pierwszy wywiad jest z roku 2009, a ostatni z 2023, to de facto prace nad książką trwały w tych latach.

Książka ukazała się pod koniec 2024 roku. Wybrane rozmowy należało jeszcze raz poddać je redakcji i korekcie, bo wiadomo, że do wydania książkowego muszą być ujednolicone i sprawdzone. A najcięższą częścią pracy nad książką, było pozyskanie zgód odpowiednio od wszystkich redakcji oraz rozmówców. I o ile na portalach czy w prasie te zgody oczywiście miałem, to czymś innym jest publikacja wywiadu w prasie czy na portalu, a czymś innym publikacja wywiadu w książce. Musiałem więc pozyskać pisemne zgody. Dogadałem się z wydawnictwem i ustaliliśmy, że wystarczy zgoda wysłana mailem, SMSem, przez Messenger itp., co początkowo spotkało się z oporem, ale po zasięgnięciu porady prawnika, uzyskaliśmy zapewnienie, iż w dzisiejszych czasach to jest absolutnie wiążące…


M.A: Ciekawą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, gdy czytałem Twoją książkę było to, że nie są to tylko wywiady w formie tekstowej, Mamy kody QR do wywiadów mówionych w formie nagrań wideo. Była to bezpośrednio Twoja inspiracja, czy ktoś Ci to zaproponował? Muszę powiedzieć, że to dosyć nowoczesne podejście.


M.B.: To był mój pomysł. Chciałem w ten sposób pokazać, że jestem nie tylko dziennikarzem tradycyjnym – piszącym, ale też działającym na swoich platformach w social mediach i poprzez współpracę choćby z portalem InfoMusic.pl. (Stamtąd pochodzi sporo wywiadów). Działam aktywnie także w sferze wywiadów mówionych. Co ważne: to są zupełnie inne rozmowy. Co więcej: wywiadów jest osiemdziesiąt w tym czterdzieści pisanych i czterdzieści mówionych. Wydaje mi się, że to jedna z największych atrakcji tej książki, bo można te wywiady oglądać na każdym urządzeniu. Pełnią one także rolę podcastów – choćby podczas jazdy samochodem. Zaproszeni rozmówcy są równie interesujący. Chciałbym też pokazać swoją dwutorowość, czyli to, że jako dziennikarz realizuję się zarówno w ten jak i inny sposób. Cieszę się, że udało się to zrobić. Wydaje mi się, że te kody QR są fajnie wplecione w książkę i tworzą jedną spójną całość.


M.A.: Widzę, że na kartach Twojej książkipojawia się Rafał Tudruj ze Świdnika – jeden z największych fanów Queen. Stawiam Was na równi, przy czym Rafał codziennie trzyma w rękach gitarę Briana
Maya.
Na wznowienie „Przewodnika fana Queen po Londynie” czekamy z niecierpliwością 😉
(fot. Karolina Renc/Muzyczne Pocztówki Karoli)


M.B.: Rafał jest fanem Briana. Queen oczywiście również. Znam go bardzo dobrze, cenię jako gitarzystę i uważam go za znakomitego muzyka. Powinien być bardziej popularny. Jest doceniony oczywiście przez fanów i branżę, ale nie jest jeszcze w mainstreamie. Życzę mu żeby tam się znalazł, bo na to zasługuje. Jak powiedziałem, jest fanem głównie Briana Maya. Co ciekawe – gdybym miał wskazać najważniejszego dla mnie członka zespołu Queen, też wskazałbym Briana , a nie Freddiego Mercury’ego, co wiele osób zaskakuje. Jestem zakochany w muzyce Queen, a tą w większej części tworzył Brian. Owszem, obaj mieli wpływ na muzykę zespołu, ale wpływ Briana na nią był ,moim zdaniem, istotniejszy. Oczywiście doceniam pozostałych muzyków zespołu, a Freddiego uważam za największego wokalistę w historii muzyki.


M.A.: Wiemy, że Brian jest doktorem astronomii, a doktorat obronił w latach dwutysięcznych, będąc w wieku dojrzałym, kiedy jego kariera była u szczytu. Jest nadal aktywnym muzykiem. Mało kiedy chyba zdarza się, żeby na zrobionej za dosłownie parę funtów, budowanej z ojcem przez półtora roku gitarze domowej roboty grać monetą, a nie kostką.


M.B.: Red Special doczekała się mnóstwa replik, a Rafał ma takową w posiadaniu. Nie wiem czy była w historii muzyki gitary słynniejsza od tej. Brian May to nie tylko wirtuoz gitary, ale też bardzo dobry kompozytor. Odpowiadał przecież nie tylko za grę na gitarze ale i kompozycje utworów. Dla mnie też ,o czym nie wszyscy wiedzą, jest bardzo dobrym wokalistą. Lubię jego barwę głosu i śpiew. Może Cię zaskoczę, ale według mnie „Too Much Love Will Kill You” w wersji Briana jest lepsza, niż w wersji Freddiego. Brian ma bardzo czysty, delikatny i subtelny głos. Śpiewa naprawdę dobrze, nieźle gra też na instrumentach klawiszowych. Bez dwóch zdań jest wybitnym artystą.


M.A.: Fenomenem jest dla mnie album”Back to the Light”.


M.B: Tak, to zdecydowanie mój ulubiony album z jego solowej dyskografii. Miałem zresztą to szczęście być na koncercie Briana Maya w Stodole w 1998 roku.


M.A: Słynny koncert Briana Maya w Warszawie…


M.B.: Mój pierwszy w życiu koncert artysty zagranicznego. Miałem wtedy 15 lat. Pojechałem do Stodoły z Lubartowa z moją o dwa lata starszą siostrą, Kingą. Jej obecność była warunkiem postawionym przez rodziców, abym mógł tam pojechać. Byliśmy na tym koncercie i było świetnie. Brian promował podczas tamtej trasy longplay „Another World”. Był to jeden z lepszych koncertów w moim życiu. Na pewno też wzruszający. Wtedy dopiero uczyłem się tego „koncertowego” życia i zobaczenie Briana Maya było dla mnie wielkim wydarzeniem.


M.A.: Wracając do Twojej książki – zauważyłem, że nie są to tylko wywiady z postaciami ze świata muzyki, ale pojawiają się też: Michał Żewłakow, Tomasz Listkiewicz, Michał Pol. To są przecież nazwiska związane stricte ze sportem, a jednak.


M.B.: Sport to moja druga po muzyce pasja. Tak było zawsze i tak zawsze będzie.
Rozmawiałem również np. z Robertem Korzeniowskim, Kamilem Stochem, Adamem Małyszem czy Natalią Kaczmarek (teraz już Bukowiecką). Napisałem w życiu wiele tekstów o tematyce sportowej. Przeprowadziłem też kilkadziesiąt wywiadów z wybitnymi osobistościami reprezentującymi tę dziedzinę. Jako dziennikarz i reporter byłem obecny na III Igrzyskach Europejskich Kraków-Małopolska, z których też zrobiłem dość duży reportaż na mój kanał na YouTube, więc dziennikarstwo sportowe też jest mi bliskie. Sport to jest coś, co kocham. Zwłaszcza piłka nożna. Sam zresztą grałem w piłkę nożną, także półzawodowo w piłkę ręczną, a teraz uprawiam karate i, jeśli dobrze pójdzie, za kilka miesięcy otrzymam czarny pas.


M.A.: Życzę Ci tego.


M.B.: Dziękuję.


M.A.: Mówisz, że szykujesz kontynuację książki.


M.B.: Tak, myślę o tym. Wydaje mi się jednak, że nie mogę zrobić tego za szybko, bo nie ma co „przepalać” tematu. Będzie lepiej, jeśli skupię się na promocji tej książki, która jest jeszcze dość nowa, bo pół roku to krótki czas, jak na obecność książki na rynku. Wciąż udzielam wywiadów promocyjnych. Jestem obecny w mediach, mam też zaplanowane kolejne spotkania autorskie, więc promocja książki jest dla mnie cały czas ważniejsza niż pisanie kolejnej.

Owszem – za rok, dwa czy trzy – zacznę przygotowywać kontynuację. Mam już nawet tytuł – jest on zaczerpnięty z nazwy mojego kanału na YT: „Porozmawiajmy (nie tylko) o muzyce”. Na nim rozszerzam formułę o wywiady nie tylko o tematyce muzycznej, ale zawsze – nawet jeśli wywiady są „niemuzyczne” – to muzyka i tak jest punktem wyjścia. Rozmawiając ze sportowcami czy kabareciarzami – w dużej mierze dyskutujemy właśnie o muzyce. Przynajmniej na początku konwersacji, bo potem rozwija się ona w różnych kierunkach. Ale muzyka jest zawsze punktem najistotniejszym. Dlatego w nadchodzącej kontynuacji zamierzam ująć wybrane zapisy rozmów ze zbioru tych, których nie pomieściłem w tej książce . Plus te przeprowadzone już po jej publikacji.


M.A.: Szykuje się więc zestaw tak samo bogaty, jak w przypadku „Porozmawiajmy o muzyce”.


M.B.: Tego nie wiem, bo nie liczyłem tych wywiadów. Na chwilę obecną byłby on uboższy, bo jednak większość zrobionych przeze mnie w życiu wywiadów zgromadziłem w pierwszym zbiorze. Do momentu wydania kontynuacji pewnie dobiję do podobnej liczby. Chce mi się śmiać, gdy pomyślę, że trwający rok jest chyba jedynym w moim życiu, gdy udzieliłem więcej wywiadów, niż ich przeprowadziłem. Jestem więc częściej po tej drugiej stronie. Ale nawet to polubiłem. [ŚMIECH].


M.A.: Droga, którą pokonałeś od pierwszego po ostatni wywiad w tej książce, na pewno była czasem odkrywania różnych wątków z biografii Twoich rozmówców, o których nie mieliśmy pojęcia. Co takiego zaciekawiło Cię podczas tych rozmów? Jakie były Twoje odkrycia związane właśnie z biografiami?


M.B.: Było ich dużo. Zawsze najbardziej jednocześnie dziwiło i śmieszyło mnie, gdy często słyszałem od swoich rozmówców, jak dziękują mi za to, że pytam ich o muzykę. Twierdzili, że bardzo często dziennikarz muzyczny nie pyta o nią, bo zamiast tego interesują go plotki, skandale, sprawy obyczajowe, gusta polityczne, nowi partnerzy, zakończone związki itp. A ja raczej tych tematów unikam, skupiając się. Ich
twórczości. Fascynuje mnie to, że według moich rozmówców mało kto to robi.

Druga rzecz, która zawsze mnie ciekawiła to fakt, że im ktoś ma większy dorobek artystyczny, tym ma mniejsze ego, jest tym bardziej normalny. Natomiast czasem „młodzi gniewni” ze skromnym dorobkiem uważają, że Pana Boga za nogi złapali, często są zarozumiali, mają w sobie źle rozumianą dumę i pychę.

Trzecią rzeczą jest to, że gdy zadajesz mądre pytania, nie boisz się krytyki – wtedy rozmówcy bardzo się otwierają. Pod tym względem polecam rozmowy chociażby ze śp. Romualdem Lipko, Muńkiem Staszczykiem, czy Krzyśkiem Skibą. Mówią tam o bardzo osobistych rzeczach, otwierają się. Pytałeś o konkretne rzeczy z biografii. Byłoby ich mnóstwo, ale zachęcam Was do książki, bo tam te konkretne rzeczy z biografii artystów znajdziecie. Mądrzy i świadomi artyści nie boją się krytyki. Wręcz ją lubią, jest dla nich wartościowa, bo mało kto w wywiadzie odważy się na krytykę, na powiedzenie o tym co się nie podoba, a ja się tego nie boję i artysta to docenia. Moją dziennikarską wskazówką dla Ciebie niech będzie to, żebyś nie bał się zadawać trudnych pytań.

Lubartów, 19 lipca 2025 r. – urodziny Briana Maya.

Jeśli o mnie chodzi:

Nie pamiętam już, która książka traktująca o świecie muzycznym i jego ludziach zrobiła na mnie takie wrażenie, jak najnowsza pozycja pióra Michała Bigoraja. Wnikliwe pytania i ogrom wiedzy jaką posługuje się Autor kształtują rozmowy niecodzienne, odkrywające przed czytelnikiem nieznane do tej pory oblicze branży muzycznej i mechanizmów jej funkcjonowania. Kompendium wiedzy dla każego, kogo interesuje świat show-biznesu, biografie ulubionych polskich wykonawców. Niech dodatkową zachętą będą Nazwiska rozmówców uwzględnione na tylnej okładce. Do tego niecodzienny dodatek w postaci kodów QR pozwalających zapoznać się z wywiadami wideo w każdym miejscu na świecie. Absolutny must have!



Sociale Pana Winyla:


Jeśli podobał Ci się ten artykuł, to możesz mi postawić kawę!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *