SUBIEKTYWNY LEKSYKON PŁYT, KTÓRE WARTO MIEĆ #40: OZZY OSBOURNE „NO MORE TEARS” [VIDEO] - PAN WINYL

SUBIEKTYWNY LEKSYKON PŁYT, KTÓRE WARTO MIEĆ #40: OZZY OSBOURNE „NO MORE TEARS” [VIDEO]

Po świeżych i syntetycznych chłopakach z Empathy Test, o których pisałam dwa tygodnie temu, dziś przyszedł czas na płytę starszą, klasyk, jedną z najważniejszych w moim życiu. A skoro to 40. odcinek to będzie o Ozzym Osbournie i jego albumie „No More Tears”.

Z góry przepraszam za długość wpisu, co usprawiedliwiam wyjątkowością tego odcinka. Kolejna dziesiątka za mną. Z tej okazji, z Panem Winylem, przy okazji spotkania autorskiego w Chorzowie (o którym pisałam tu: LINK), nagraliśmy około piętnastominutowe wideo podsumowujące nasze trzydzieści dziewięć spotkań. Filmik zamieszczam na końcu, jako „wisienkę na torcie” do tego wpisu.


Moja przygoda z Ozzym zaczęła się przez Black Sabbath i płytę CD, którą dostałam od taty, później znalazłam u niego w szufladzie przegrany album „Paranoid”. A, że to była kaseta chromowa TDK, o ile się nie mylę, a materiał został skopiowany z winyla to jakość była niesamowita. Wsiąkłam w to mocno. Skąd tylko się dało to załatwiałam książki o Black Sabbath, zaczęłam zbierać dyskografię na kasetach. Pamiętam jak dziś moją radość gdy kupiłam sobie w księgarni na krakowskim Rynku książeczkę z tekstami i tłumaczeniami.

Żyłam wspaniale w tej swojej bańce. Jak zawsze pojechałam do rodziny na wakacje, słuchaliśmy muzyki, wtedy mój kuzyn Dawid zapytał mnie czy znam jakieś solowe albumy Ozzy’ego. Nie znałam, szczerze mówiąc nawet nie wiedziałam jeszcze, że sam coś wydawał. I wtedy zdjął z półki kasetę „No More Tears” i stwierdził, żebym sobie wzięła, bo pewnie mi się spodoba. Nie pomylił się. Pierwsze przesłuchania były niesamowite. Głos, który już tak bardzo kochałam, tym razem połączony z ostrzejszą muzyką, niż jednak spokojne i ciężkie Black Sabbath, okazał się dla mnie strzałem w dziesiątkę!

Pochłonięta przez Czarnego Księcia

No i stało się! Zakochałam się momentalnie. Niedługo później, zaraz po powrocie do domu, kupiłam sobie kasetę „The Ozzman Cometh”. Kompletnie nie wiedziałam co to, zwyczajnie spodobała mi się okładka. Okazało się, że lepiej trafić nie mogłam, bo to album kompilacyjny. Dało mi to dane do tytułów albumów i kolejności ich wydawania. Tak zaczęłam kupować, chyba lekko obsesyjnie, koszulki, naszywki, plakaty oraz płyty CD Ozzyego, nadal przy tym dokańczając kolekcję Black Sabbath. Oczywiście tylko do „Never Say Die” włącznie. Po odejściu Ozzyego już mnie przestali interesować.

Dopełnieniem mojego szczęścia był OzzFest w katowickim Spodku w 2002 roku.

Jako, że dostałam zgodę rodziców na wyjazd i dofinansowanie od nich (nadal byłam niepełnoletnia) to spełniło się moje największe marzenie. Nie tak dawno Ozzy ogłosił, że kończy z trasami koncertowymi. Bardzo tego żałuję, oprócz wcześniej wspomnianego OzzFestu widziałam Ozzy’ego solo jeszcze dwa razy i raz z Black Sabbath. Zawsze, ale to zawsze, była to dla mnie wielka dawka emocji i wzruszenia. Ozzy oczywiście jest moim idolem do dziś.

Pierwszą płytę winylową związaną z tym artystą dostałam w okolicy 2003 roku od kuzyna Jarka z Niemiec. Było to „Sabotage” Black Sabbath. Na dzień dzisiejszy dyskografię BS z Ozzy’m mam pełną, niestety gorzej z albumami solo. Bardzo liczę że może kiedyś wyjdą wznowienia (nie w boksie) „Ozzmosis” i „Down To Earth”. Ceny jakie teraz osiągają są dla mnie nie do przejścia. Czekam (nie)cierpliwie na reedycje.

Niesforny chłopak z sąsiedztwa

Ozzy Osbourne (John Michael Osbourne) urodził się 3.12.1948 roku w Aston, dzielnicy Birmingham w Anglii w rodzinie robotniczej. Jak opowiada, sam nie wie dlaczego włściwie „Ozzy” – wołano go tak od najmłodszych lat, prawdopodobnie to słowo powstało od nazwiska. W tamtym okresie, czyli nie tak długo po wojnie, ludzie żyjący w Birmingham nie mieli kompletnie prespektyw na przyszłość. Jedyne co mogli robić to pracować przy taśmie w fabryce.

Ojciec Ozzyego John Thomas „Jack” Osbourne pracował jako ślusarz na nocne zmiany w zakładzie General Electric. Już od najmłodszych lat mówił do syna, że w przyszłości Ozzy osiągnie coś wielkiego lub pójdzie do więzienia. I miał rację, sprawdziło się jedno i drugie. Gdy ojciec wracał do domu, to do pracy wychodziła matka – Lillian, do fabryki Lucasa. Ozzy urodził się jako czwarty z sześciorga dzieci, był pierwszym chłopcem. Rodzina Ozzyego nie miała za wiele wspólnego z muzyką oprócz tego, że śpiewali sobie wspólnie w domu lub urządzali „występy” dla siebie nawzajem. Miało to miejsce w sobotnie wieczory. Pierwszy raz Ozzy zaśpiewał utwór Cliffa Richardsa.

Kombinacje, kradzieże, praca


Przed karierą muzyczną Ozzy zajmował się przede wszystkim łamaniem prawa. Jeszcze jako niepełnoletni chłopak trafił za kratki. Szkoły szczerze nienawidził. Jedyną rzeczą, którą w niej lubił były obiady. Nie potrafił ani czytać jak trzeba, ani się bić. Kradł z kolegą jabłka, nie po to, by je sprzedać, a zwyczajnie z głodu. Później obrabiali parkometry i kradli drobne rzeczy w sklepach. Wymyślili też, że będą pilnować aut, a kolejnym krokiem było ich mycie. Niestety pomysł spalił na panewce, bo do czyszczenia karoserii używali drucianej szczotki.

Przez jakiś czas nawet był hydraulikiem, operatorem odtłuszczarki w fabryce części samochodowych, próbował się zaciągnąć do wojska, ale go nie chcieli. Aż przyszła pierwsza praca w branży muzycznej jak mówił. Zajął się strojeniem… klaksonów w tej samej fabryce, gdzie pracowała jego matka. Później był rzeźnikiem, stamtąd też go wyrzucili.

Ozzy, 1991, z okładki „No More Tears”

Od ogłoszenia do Black Sabbath

Od dziecka marzył o pracy w muzyce. Niestety jedyne na co mógł sobie pozwolić i na co go było stać był pusty futerał na gitarę. Po wyjściu z więzienia postanowił napisać ogłoszenie Ozzy Zig szuka zespołu . Odpowiedział mu Geezer Butler, który właśnie stracił wokalistę w swoim bandzie. Po kilku miesiącach, wieczorem do jego drzwi zapukało jeszcze dwóch mężczyzn. Jeden to Bill Ward, a drugi to Tonny Iommi, z którym Ozzy znał się ze szkoły.

Okazało się, że ktoś zapomniał zdjąć jego ogłoszenia. Tony jak tylko zobaczył Ozzyego stwierdził, że nie ma sensu z nim nawet rozmawiać. Pamiętał go z dawnych czasów i uznawał za klauna i kretyna. Gdy Iommi odchodził już do samochodu Ozzy nagle zapytał co mu się stało w palce? To pytanie zaintygowałe Tommy’ego, odwrócił się i zaczęli rozmawiać, ostatecznie gitarzysta postanowił dać mu szansę. Tak powstało Black Sabbath. Zespół legenda z wieloma świetnymi albumami na koncie, wielkimi trasami koncertowymi, inspiracja dla wielu współczesnych zespołów. Podejrzewam, że szerzej opowiem o nich w innej części SLPKWM.

Do połowy lat 70. zespół trzymał się razem. Chłopaki nie tylko na scenie, ale i po za nią spędzali czas wspólnie. Jednak coś zaczęło się psuć. Członkowie Black Sabbath się od siebie oddalili, Tony naciskał, że powinni coś zmienić i grać jak Queen, co niekoniecznie podobało się pozostałym. Ozzy popadł w alkohol i narkotyki z czego zadowoleni byli jeszcze mniej. Przy „Technical Ecstasy”, przedostatniej wspólnej płycie Ozzy już wiedział, że będzie chciał rozpocząć karierę solową.

Solo w oparach wszelakich


Po odejściu z Black Sabbath, Ozzy’emu nie zostało za wiele pieniędzy. Przez jakiś czas nawet chciał sprzedać dom i zaciągnąć się na budowie. Prawie każdy grosz poszedł na adwokatów oraz używki. Do tego zmarł ojciec Ozzy’ego a jego małżeństwo z pierwszą żoną Thelmą, istniało tylko na papierze. Już prawie nie widywał się ani z nią, ani z dziećmi.

Wszystko odmieniło się gdy wydawało mu się, że już nic nie będzie z jego muzycznej kariery. Został poproszony o przekazanie koperty Sharon z Jet Records. Miała przyjść do jego pokoju i po porstu ją odebrać. Ozzy w swym koszmarnym stanie po prostu ją otworzył, znalazł tam 500 dolarów i kupił za to dragi. Gdy Sharon to zobaczyła wściekła się okrutnie, ale następnego dnia wróciła i zapytała czy chciałby wyjść z tego bagna i wtedy zadbają o jego interesy. To było dla niego zbawieniem. Sharon bardzo szybko wzięła się do roboty, postanowiła, że trzeba wydać porządny solowy album i złożyć zespół. Zaplanowała też trasę koncertową w niewielkich klubach, żeby zawsze bilety były wyprzedane, co nakręcało fanów, żeby uczestniczyć w wydarzeniach. W 1982 roku Sharon została panią Osbourne, w końcu, bo zaręczali się 17 razy.

Label, Epic, 1991
„No More Tears”

Nowy, skandaliczny Ozzy


Ozzy zmienił styl, rozjaślił włosy, ubierał się w dziwne stroje i świecidełka, przez co był brany za transwestytę. Ale machina solowej kariery ruszyła i nic nie mogło jej powstrzymać. Do czasu.

Przez około 10 lat Ozzy nagrywał kolejne solowe albumy, ćpał i pił jak mało kto, sam nie może uwierzyć, że to wszystko przeżył. Jego życie w tym czasie było pełne skandali. Kto nie słyszał o odgryzieniu głowy nietoperzowi, czy o oskarżeniach o nawoływanie do samobójstwa (które zostały oddalone nieco ponad pół roku po wpłynięciu pozwu)? Albo o imprezach i odpałach jakie miał po nadużywaniu narkotyków i alkoholu?

„No More Tears”


Wszystko zmieniło się jednego dnia, gdy obudził się w betonowej, brudnej klitce z kompletnym brakiem pamięci. Gdy w końcu udało mu się dogadać z policjantem dowiedział się, że siedzi, ponieważ próbował udusić żonę. Nie pamiętał kompletnie nic i nie mógł w to uwierzyć. Po około 36 godzinach spędzonych w celi, w koszmarnych warunkach i bez kontaktu ze światem przewieziono go do sądu, gdzie nałożono na niego karę pieniężną, zakaz zbliżania do żony oraz przymusowe leczenie w ośrodku resocjalizacyjnym.

Dopiero tak straszne wydarzenie nim wstrząsnęło i zobaczył do czego doprowadził, oraz, że jedynym na czym mu zależy to ratowanie rodziny. Po około dwóch miesiącach użalania się nad sobą odwiedziła go Sharon i powiedziała, że chce wycofać oskarżenie.

Zmiany

Po wyjściu z ośrodka Ozzy wziął się za siebie. Zeszczuplał i poddał się operacjom plastycznym – dokładniej usunięciu dodatkowych podbródków i tłuszczu z okolic brzucha. Przestał rozjaśniać włosy, zrezygnował z trwałej i zaczął normalnie się ubierać. Styl, który wtedy obrał pozostał z nim do dziś. Wziął się też za pracę nad nowym albumem.

„No More Tears” to pierwsza płyta od lat nagrana na trzeźwo. Do tego zależało mu bardzo na tym, że każdy utwór pisać jakby miał być singlem, ale nie można tego robić na siłę. Do zespołu już przy poprzedniej płycie dołączył Zakk Wylde, rewelacyjny gitarzysta, który wniósł te charakterystyczne cięższe dźwięki i wygląda na to, że przy „No More Tears” mógł bardziej się wykazać. Przy czterech utworach Ozzy pracował też Lemmy’m Kilmister’em z Motorhead.

Na okładce płyty, zaprojektowanej przez Sharon, jest proste zdjęcie Ozzy’ego z maleńkim anielskim skrzydełkiem. To kolejny jednoznaczny znak pożegnania z przeszłością. Jak sam mówi chciał skończyć z tą dziecinadą i krwią w ustach. Album został wydany w październiku 1991 roku.

Po tej płycie w 1992r. Ozzy postanowił zakończyć karierę, wyruszył w trasę koncertową, którą nazwał No More Tours (nigdy więcej tras) . Zamieszkali z Sharon w nowym domu z wieloma hektarami ziemi, gdzie mógł do woli szaleć na quadach. Niestety bardzo szybko zaczął się nudzić. I mogłabym tak jeszcze długo opisywać życie Ozzy’ego, ale to przy innych okazjach, a teraz opowiem o samej płycie.

Recenzja

Strona A


Już od pierwszego „Mr. Tinkertrain” czuć zmianę w muzyce. Bardzo ostre i oschłe dźwięki wcześniejszych albumów, szczególnie studyjnego poprzednika „No Rest For The Wicked” zostały zmienione na cięższe i bardziej ułożone. To jedna z niewielu piosenek na albumie, która nie jest osobista i nie opowiada historii związanych z tym co było i jak zmiany w życiu wpłynęły na Ozzy’ego. Pod względem tekstowym bardziej jednak pasuje do wcześniejszych albumów. Opowiada bowiem o człowieku, który chce uwieść małą dziewczynkę proponując jej słodycze.

Kolejnym utworem jest „I Don’t Want to Change the World”, bardzo lubiany przez fanów i często grany na koncertach, uhonorowany nagroną Grammy. Ja jakoś nigdy za nim nie przepadałam.

Następnie pojawia się jedna z najbardziej znanych piosenek w całej karierze Ozzy’ego. „Mama, I’m Coming Home”. I wcale nie jest to piosenka dla matki, jak często błędnie interpretują je osoby w naszym kraju.

Określeniem Mama Ozzy zawsze nazywał swoją żonę, Sharon.

Gdy wracał z tras koncertowych zawsze przez telefon mówił jej Mama, I’m coming home (mamuśka, wracam do domu!). Piosenka była też bardzo często przesyłana przez żołnierzy walczących w Iraku do swoich drugich połówek. Przy reedycji albumu Ozzy wspomina, że

„żołnierze nadal kochają ten utwór”.


Z Zakkiem Wyldem pracowali nad tym utworem na pianino i głos, pod koniec prac stwierdzili, że trzeba przenieść melodię na gitarę dwunastostrunową, co dało wstępowi lekko folkowe zabarwienie.

Pierwszy teledysk do „Mama, I’m Coming Home” został nagrany za ogromne pieniądze z wielką ilością efektów. Jednak Ozzy nie był do niego przekonany, uważał, że to przesada. Za to zachwycił się surowością klipu „Smells Like Teen Spirit” Nirvany, które wyszło w podobnym czasie. Dlatego postanowiono zaprosić tego samego reżysera, Samuela Bayera, żeby nakręcił nowy teledysk.

Przy „Desire” wsiadamy do rozpędzonego pociągu, który wcale nie ma zamiaru zwalniać tej rockowej przejażdżki. Przystaje tylko na chwilę, żeby w słuchaczu wzbudzić odrobinę niepokoju wyjącymi syrenami. Refren w tej piosence jest tak zapadający w pamięć, że często potrafię go śpiewać jeszcze kilka dni po przesłuchaniu. Już wiem, że i tym razem będzie tak samo.

I w końcu nadchodzi czas na pierwszy singiel, utwór tytułowy i jedną z genialniejszych piosenek w całej twórczości Ozzy’ego. Ja najbardziej lubię wersję albumową, która trwa około 7,5 minuty.

Fantastyczne, potężne, ciężkie gitarowe riffy, klawisze, spokojne tempo przeszyte ostrym głosem Ozzy’ego to coś co ja w jego twórczości lubię najbardziej. Zawsze miałam słabość do tych najdłuższych i najbardziej rozbudowanych utworów. Basowy riff został napisany i zagrany przez Mike’a Ineza, który później był częścią Alice In Chains.
I chociaż mogłoby się wydawać, że to piosenka o miłości, choćby przez dzwoniące mi całe życie w głowie


maybe a kiss before I leave you this way (może pocałunek zanim Cię opuszczę)

to jednak tekst jest o prześladowcy, raczej mało przyjemny.

Strona B

Tu już się bardziej streszczę, bo dla mnie jest słabsza niż pierwsza.
„S.I.N.” to kolejny z moich ulubieńców z tego albumu. Znów mamy do czynienia z totalnym hitem, w sumie nie wiem czemu ta piosenka jest tak mało znana. Brzmi jak totalny klasyk hard rockowego grania. Ma bardzo prostą budowę, jest niesamowicie melodyjna, refren jak wpadnie do głowy tak już na zawsze zostanie w jej zakamarkach. Ja uwielbiam niezmiennie!

Jednym z bardziej znanych utworów Ozzy’ego jest „Hellraiser” napisany wraz z Lennym Kilmisterem. Rok po wydaniu tej piosenki przez Osbourne’a również nagrali ją Motorhead.

Z okazji 30 rocznicy tego utworu został zrobiony aminowany teledysk, na którym są Ozzy i Lemmy. Jak to kiedyś powiedział Osbourne

„na tym klipie widać jak ja i Lemmy spędzamy razem czas a potem popadamy w kłopoty – jak to często się zdarzało”.

Po niej pojawia się ballada „Time After Time”, a następnie według mnie jedna z lepszych piosenek na tej stronie „Zombie Stomp”. Równo i powoli rozwijający się wstęp prowadzi nas do kolejnej rozpędzonej maszyny. To ponowne mocne rockowe kopnięcie na albumie.

Następny to „A.V.H. „

Płytę zamyka utwór przy którym widać, że Ozzy przystanął i zastanowił się nad wszystkim co się wydarzyło. „Road to Nowhere” (droga donikąd) to bardzo osobista ballada o tym jak nadal prześladuje go przeszłość, zastanawia się nad sensem i czy mógł to być sen?
Ozzy kiedyś powiedział że nie potrzebuje psychiatrów, on woli wszystko wyrzucić z siebie śpiewając o tym. Ta piosenka jest tego idealnym przykładem.

Potężne… przeboje!

„No More Tears” to pierwszy album Ozzy’ego Osbourne’a nagrany na trzeźwo. Muzyka, styl oraz teksty (w większości) zmieniły się wraz z tym albumem. Jest to pierwsza płyta tak osobista, z wieloma hitami, jest też fantastycznym wstępem do mojej ukochanej „Ozzmosis”. Słychać wyraźnie jak wszystko na tym krążku jest przemyślane i dopracowane. To płyta przebojowa i zarazem nadal brzmiąca ciężko. Nowy początek i nowa jakość. W „No More Tears” zawarte jest wszystko – hard rockowo/heavy metalowe szaleństwo, bardzo klasyczne. Chwytliwe melodie, teksty, w których często można odnaleźć siebie i ballady, przy których łapiemy oddech. Dlatego uważam, że tę płytę warto mieć!

Jubileuszowe wideo:

Informacje kolekcjonerskie dotyczące oryginalnego wydania:

Wydawnictwo: Epic
Numer katalogowy:   467859 1
Format: Vinyl, LP, Album,
Kraj: Europe
Rok wydania: 1991
Gatunek: Rock , Style: hard rock, heavy metal
Ceny albumu wahają się między 60 EUR a 260 EUR w zależności od stanu

Pozdrawiam

Agnieszka Protas


Jeśli podoba Ci się to co robię, to możesz postawić mi kawę.


Komentarze: 2

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *