Kolekcja winyli jest majątkiem, dopóki ktoś wie, co w niej jest. Kiedy tej wiedzy brakuje, staje się problemem – zwykle w najgorszym możliwym momencie i zwykle dla kogoś innego niż kolekcjoner. W tym tekście pokazuję, jak ustala się wartość kolekcji winyli i ile to kosztuje, dlaczego cena z ogłoszenia nie jest ceną, którą się dostaje, i co możesz zrobić sam, żeby Twoja kolekcja nigdy nie stała się niczyim kłopotem.
W tym tygodniu zapytałem Was na Facebooku, czy duża kolekcja to majątek, czy problem. Pod postem pojawiło się ponad czterdzieści pięć komentarzy i rozmowa rozjechała się w dwie strony.
Część z Was odpowiedziała, że płyt się słucha, a nie liczy, i że pytanie o ich wartość w ogóle nie jest na miejscu. Szanuję to. Sam nie znam nikogo, kto kupowałby winyle tylko po to, żeby na nich zarobić.
Ale dwa komentarze trafiły w samo sedno i od nich zacznę. Pierwszy napisał Zbyszek:
Bez pasji do muzyki nic z tego nie będzie, bo wartość zaczyna się od ilości, a nie ścigania kilkunastu drogich tytułów. Kolekcjonujesz, kolekcjonujesz, kolekcjonujesz z pasji… pyk i zrobiłeś dobry dil. I teraz już możesz myśleć jak o inwestycji, czyli pasja przerodziła się w kromkę chleba i kubek wody na starość, hura.
Zbyszek S.
A drugi Gabriela, i ten jest właściwie streszczeniem całego artykułu, zanim go napisałem:
Kolekcja staje się problemem jak masz hurtową ilość, często zbieraną latami i pewnego dnia z różnych powodów chcesz sprzedać. Albo robisz listę spisaną w notatniku i sprzedajesz całą hurtowo poniżej ceny rynkowej z jakimś śmiesznym przeliczeniem na 1 sztukę, albo sumiennie wystawiasz płyta po płycie, robiąc przy tym tysiąc zdjęć i ogarniając wiadomości z kupującymi, negocjacje i logistykę wysyłki tak dużej ilości sztuk, ale za to wyciągniesz dużo więcej niż sprzedając wszystko razem.
Gabriela S.
Zbyszek mówi, skąd bierze się wartość. Gabriela mówi, co się dzieje, gdy trzeba ją wyjąć. Pomiędzy tymi dwoma komentarzami mieści się wszystko, o czym chcę dziś napisać.
Kiedy kolekcja jest majątkiem
Zacznijmy od tego, że jeśli zbierasz od lat i myślisz, że to jest coś warte – masz rację.
Winyl drożeje nieprzerwanie od blisko dwóch dekad. Pierwsze tłoczenia, rzeczy limitowane, rarytasy z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych idą w górę i nic nie wskazuje, żeby miały zawrócić. Pisałem o tym szerzej w tekście Czy inwestować w winyle?, który właśnie odświeżyłem po sześciu latach.
Tam też wprowadziłem pojęcie punktu krytycznego kolekcji – momentu, w którym zbiór jest tak duży, że nie sprzedasz go w całości za 70% sumy wartości poszczególnych płyt, bo nie ma kupca zdolnego wchłonąć taką ilość naraz.
Kolekcja jest majątkiem. Tylko wartość kolekcji winyli to coś, co trzeba umieć policzyć. A tu zaczynają się schody.
Wartość kolekcji winyli to nie cena z ogłoszeni
Żeby odpowiedzieć na pytanie, ile coś jest warte, trzeba najpierw rozróżnić dwie liczby, które na Discogs wyglądają podobnie, a znaczą co innego.
Pierwsza to cena ofertowa – to, czego żądają dziś sprzedający. Druga to cena zrealizowana – to, co ludzie faktycznie zapłacili, gdy płyta zmieniała właściciela.
Przy okazji niedawnej wyceny dużej kolekcji porównałem obie te liczby dla blisko tysiąca dwustu wydań. Aktualne oferty na rynku europejskim zestawiłem z medianami cen faktycznie uzyskanych dla tych samych tłoczeń.
Mediana stosunku wyszła 1,3. Innymi słowy, ceny w ogłoszeniach są przeciętnie o około trzydzieści procent wyższe od tych, które realnie udaje się uzyskać. Z ceny ofertowej zostaje średnio 77%.
I teraz rzecz, która mnie samego zaskoczyła, kiedy zestawiłem te liczby z moim starym tekstem. Sześć lat temu, z samego doświadczenia handlowego, napisałem, że powyżej punktu krytycznego nie sprzedasz kolekcji za 70% jej wartości. Teraz, na podstawie pomiaru, wyszło mi 77%. To nie są dokładnie te same wielkości – jedna dotyczy sprzedaży dużego zbioru naraz, druga różnicy między ceną żądaną a uzyskaną na pojedynczych płytach. Ale obie lądują w tym samym miejscu: rynek regularnie odbiera mniej więcej jedną czwartą do jednej trzeciej wartości katalogowej.
Dobrze to widać na przykładzie, który mnie osobiście kosztował sporo pieniędzy. Miałem u siebie pierwsze tłoczenia The Dark Side Of The Moon Pink Floyd, te z tak zwanym solid blue triangle, wyceniane na jakieś pięć tysięcy złotych. Sprzedawałem je znacznie taniej. Nie dlatego, że były mniej warte, tylko dlatego, że w Polsce po prostu nie ma wielu ludzi gotowych wyłożyć takie pieniądze za jedną płytę.
Wycena mówi, ile płyta jest warta. Cena mówi, ile ktoś obok Ciebie jest w stanie za nią zapłacić.
Skąd ja to wiem
Przez kilkanaście lat prowadziłem sklepy z płytami – w Anglii, potem w Polsce. Przez moje ręce przeszło około stu pięćdziesięciu tysięcy płyt, w detalu i w hurcie, najwięcej w czasach brytyjskich. Dziś wyceniam kolekcje prywatnym kolekcjonerom i kolekcjonerkom (a także ich rodzinom) i tłoczę płyty dla niezależnych zespołów.
Nie piszę tego, żeby się chwalić. Piszę, bo z tego bierze się jedna konkretna umiejętność: patrzę na płytę i wiem, co widzę.
Wiem, jak zachowuje się gruby, sztywny winyl z lat sześćdziesiątych, a jak te cieniutkie tłoczenia z późniejszych lat, RCA Dynaflex i podobne, które wyginają się od samego patrzenia i zupełnie inaczej znoszą leżenie w piwnicy. Wiem, że ta sama płyta z Anglii, z Niemiec i ze Stanów to trzy różne przedmioty, trzy różne ceny i trzy różne typowe uszkodzenia.
I właśnie dlatego mogę powiedzieć, ile zajmuje ocena jednej płyty. Około minuty. Wyjąć z koperty, obejrzeć stan wzrokowo, ocenić okładkę, sprawdzić, czy jest wkładka, zapisać. Mierzyłem to sobie wielokrotnie: pięćdziesiąt dwie płyty na godzinę razem z przerwami na kawę, w najlepszych godzinach siedemdziesiąt pięć.

Zapamiętajcie tę minutę, bo za chwilę zrobi się z niej coś nieprzyjemnego.
Ile kosztuje policzenie kolekcji
Weźmy kolekcję, jakich trochę w Polsce jest. Jedenaście tysięcy płyt, zbierane przez trzydzieści lat, regały pod sufit i skrzynki w piwnicy. To przykład modelowy, ale liczby są prawdziwe, bo pochodzą z mojego tempa pracy.
Minuta na płytę to dwieście godzin samych oględzin.
A oględziny to dopiero rozgrzewka. Do każdej pozycji trzeba jeszcze znaleźć notowania – i to nie notowania tytułu, tylko tego jednego tłoczenia o tym jednym numerze katalogowym. Bo, jak dobrze wiecie, Dark Side Of The Moon to nie jest jedna płyta, tylko kilkadziesiąt różnych wydań o cenach od trzydziestu złotych do kilku tysięcy. Do tego trzeba to wszystko opisać, złożyć w dokument, a jeśli kolekcji nie ma jeszcze na Discogs, wprowadzić.
Realnie trzy do czterech razy tyle co same oględziny. Siedemset godzin. Cztery i pół miesiąca pracy na pełen etat. W pieniądzach, przy stawce specjalisty, jakieś sześćdziesiąt tysięcy złotych.
„A nie dałoby się dokładniej?”
To pytanie samo ciśnie się na usta i jest słuszne. Ocena wzrokowa nie mówi wszystkiego. Płyta z lat sześćdziesiątych wyglądająca, jakby koty ćwiczyły na niej breakdance, potrafi grać znakomicie. I odwrotnie – bywają egzemplarze, które wyglądają jak nowe, a mają wadę słyszalną dopiero na gramofonie.
Żeby mieć pewność, trzeba posłuchać. To policzmy.
Odsłuch obu stron albumu to jakieś czterdzieści minut. Dla jedenastu tysięcy płyt wychodzi siedem tysięcy trzysta godzin. Trzy i pół roku siedzenia przy gramofonie po osiem godzin dziennie. W pieniądzach ponad sześćset tysięcy złotych.
Czyli przy kolekcji wartej milion samo sprawdzenie, ile jest warta, zjadłoby ponad połowę.
Dlatego ocena wzrokowa nie jest wersją dla oszczędnych. Jest jedyną, która przy takiej skali w ogóle się spina. Odsłuch zostawia się dla rzeczy najcenniejszych, gdzie różnica między VG+ a NM to kilkaset euro i warto poświęcić te czterdzieści minut.
Ta sama liczba płyt, zupełnie inna wartość
Jeśli kolekcja jest warta milion, sześćdziesiąt tysięcy za jej opracowanie to sześć procent. Mniej więcej tyle, ile płaci się pośrednikowi przy sprzedaży mieszkania. Da się przeżyć.
Ale weźcie dwie kolekcje po jedenaście tysięcy płyt. Jedna pełna pierwszych tłoczeń, druga to trzydzieści lat kupowania palet z Niemiec czy Holandii i tego, co się akurat trafiło.
Policzenie ich kosztuje mniej więcej tyle samo. Każdą płytę trzeba wyjąć, obejrzeć i opisać. Minuta to minuta, niezależnie od tego, co jest w kopercie.
Warte są natomiast zupełnie co innego. Milion – koszt to sześć procent. Pół miliona – dwanaście. Ćwierć miliona – dwadzieścia trzy.
Koszt zależy od liczby płyt, a wartość kolekcji winyli od tego, co to za płyty. Im gorzej zbierałeś, tym większą część tego, co masz, zjada samo ustalenie, ile tego masz.
I jeszcze jedno, o czym się nie myśli: zbieranie jest tanie, bo rozłożone na raty. Trzydzieści lat po kilkadziesiąt złotych miesięcznie i nawet tego nie czujesz. Policzenie tego wszystkiego przychodzi jednym rachunkiem, w jednym momencie. I bardzo często płaci go ktoś inny.
Wartość siedzi w kilku procentach
Jest jeszcze powód, dla którego kolekcji nie da się wycenić „na oko po tytułach”.
Z doświadczenia zawsze mówiłem, że w dużym zbiorze jakieś 10-20 procent płyt odpowiada za połowę albo więcej jego wartości. Przy ostatniej wycenie mogłem to wreszcie sprawdzić na liczbach. Najdroższe dwadzieścia procent pozycji odpowiadało za 57 procent wartości całej części zbadanej.
Reszta to popularne tytuły, często warte po kilkanaście złotych. Nikt nie ma pięciu tysięcy najdroższych płyt, bo kolekcji nie buduje się wyłącznie z okazów, o których z góry wiadomo, że staną się białymi krukami.
Co to oznacza w praktyce? Że wartość kolekcji winyli wisi na kilkuset konkretnych egzemplarzach. I jeśli te kilkaset zostanie źle zidentyfikowanych, pomylonych z tańszym wydaniem albo sprzedanych hurtem razem z resztą – połowa majątku znika, zanim ktokolwiek zauważy.
Katalog, który kłamie
Teraz powiem coś, co może zaboleć część z Was.
To, że masz kolekcję na Discogs, nie znaczy, że masz katalog.
Regularnie trafiam na zbiory, które ktoś kiedyś wprowadził do bazy. Tysiące pozycji, wszystko ładnie, wszyscy zadowoleni, bo przecież jest spis. A potem wyjmuję płyty i okazuje się, że sporo z nich figuruje jako zupełnie inne wydanie, niż leży w kopercie. Przy ostatniej wycenie odłożyłem na bok ponad sto takich pozycji.
Nie chodzi o literówki. Chodzi o to, że ktoś kliknął pierwszy pasujący tytuł z listy, nie sprawdzając matrycy ani numeru katalogowego. A to jest różnica między płytą wartą osiem euro a taką wartą osiemset.

Zdarza się i tak, że ten sam album siedzi w katalogu dwa razy pod różnymi numerami, bo ktoś kupił drugi egzemplarz i nie sprawdził, czy to aby na pewno to samo. Wychodzi to tylko wtedy, gdy trzyma się obie płyty w rękach.
Katalog zrobiony po łebkach jest gorszy niż żaden. Bo żaden przynajmniej nie oszukuje, że sprawa jest załatwiona.
Trzy momenty, w których to wybucha
Nikt nie zamawia wyceny kolekcji, bo mu się nudzi w niedzielę. Zamawia się ją wtedy, kiedy życie przyciska.
Podział majątku
Rozwód albo spadek. I nagle po drugiej stronie stołu siedzi ktoś, kto tych płyt nie zbierał, nie wie, czemu jedna kosztuje osiem euro, a druga osiemset, i ma podjąć decyzję majątkową o czymś, co dla niego jest kilkoma tonami plastiku. Dosłownie: pięć tysięcy płyt waży około dwóch ton.
Do tego terminy, bo takie sprawy mają terminy. I podejrzliwość, bo każdą liczbę druga strona podważa.
Słyszałem od takich ludzi, że nienawidzą tych płyt. Nie dziwię się ani trochę. Rzecz, która była czyjąś największą radością, bywa dla rodziny ostatnim zadaniem domowym, jakie po sobie zostawił – nieprzeliczonym, nieopisanym i wymagającym eksperta, żeby w ogóle zacząć.
Duża decyzja życiowa
Budowa domu. Wkład własny. Przeprowadzka, własna firma, cokolwiek, co wymaga poważnych pieniędzy naraz.
Kolekcja jest wtedy jedynym większym aktywem poza mieszkaniem i trzeba wreszcie odpowiedzieć na pytanie, które przez trzydzieści lat nie padło.
To jedyny z tych trzech momentów, w którym decydujesz sam, spokojnie i bez noża na gardle. I jedyny, do którego można się przygotować wcześniej.
Nagła potrzeba
Choroba. Utrata pracy. Coś, co trzeba spłacić w tym miesiącu, a nie w przyszłym roku.
Tu nie ma siedmiuset godzin. Nie ma nawet siedmiu dni. A pięciu tysięcy płyt nie da się wziąć na plecy i szybko wywieźć.
Jeśli nie wiadomo, co jest w skrzynkach, zostaje dokładnie ten wybór, który opisała Gabriela: albo lista w notatniku i sprzedaż hurtem ze śmiesznym przeliczeniem na sztukę, albo tysiąc zdjęć i miesiące korespondencji, na które nie ma czasu. To jest moment, w którym ktoś sprzedaje sto tysięcy płyt po euro za sztukę – historię tego Holendra opisywałem w poprzednim tekście.
Trzy różne sytuacje, jedno wspólne: w żadnej z nich nie ma już czasu, żeby zrobić to porządnie.
Czego na rynku nie ma
Jeszcze jedna rzecz, o której warto wiedzieć, zanim dojdzie do sporu.
Kiedy sprawa trafia do sądu, sąd potrzebuje biegłego. Listy biegłych sądowych prowadzą sądy okręgowe i są tam ludzie od wyceny ruchomości i przedmiotów kolekcjonerskich. Brakuje na nich jednak wyspecjalizowanej ekspertyzy winylowej.
W praktyce znaczy to tyle, że kolekcję, w której cała wartość siedzi w tym, czy to pierwszy press brytyjski, czy późniejsza licencja Polskich Nagrań, ocenia ktoś, kto zna się na antykach ogólnie, a nie na tłoczeniach. Różnica bywa dziesięciokrotna i z okładki jej nie widać.
Rynek winylowy w Polsce urósł na tyle, że w grę wchodzą poważne pieniądze. Cała reszta za tym wzrostem nie nadążyła.
O różnicy między ceną w ogłoszeniu a tą, którą się dostaje, rozmawiałem też z redakcją Gra.pl – wywiad ukaże się w tym tygodniu. [LINK DO WYWIADU – DODAM JAK TYLKO WYWIAD UKAŻE SIĘ NA PORTALU]

Cztery rzeczy, które możesz zrobić sam i za darmo
Żadna z nich nie jest trudna. Wszystkie są nudne i właśnie dlatego nikt ich nie robi.
Katalog to nie lista tytułów. Sama lista jest nic niewarta, bo nie mówi, które wydanie masz. Minimum to numer katalogowy z okładki i identyfikator wydania z Discogs. Bez tego następna osoba i tak musi wziąć każdą płytę do ręki – i wracamy do tych dwustu godzin.

Stan zapisuj przy okazji, nie kiedyś. Trzy oceny: płyta, okładka, dodatki. Dziesięć sekund, kiedy i tak trzymasz krążek w ręku po odsłuchu. Zrobienie tego dla jedenastu tysięcy płyt naraz to dwieście godzin. Cała różnica polega na tym, czy robisz to przez trzydzieści lat po dziesięć sekund, czy ktoś inny przez cztery miesiące.
Zapisz, co nietypowe. Kolorowy winyl, wkładka, plakat, numerowany nakład, znaki z matrycy, tłoczenie mono. Te rzeczy podnoszą wartość wielokrotnie, a w spisie tytułów wyglądają dokładnie tak samo jak zwykłe wydanie.
Powiedz komuś, gdzie są perełki. Nie musi to być spis. Wystarczy kartka w skrzynce: tego nie wystawiajcie za dwadzieścia złotych. Pamiętajcie, że to te kilkaset płyt niesie połowę wartości całej kolekcji.
To kiedy majątek, a kiedy problem?
Jedno i drugie. I nie zależy to od tego, co masz w skrzynkach.
Wartość kolekcji winyli zależy od tego, czy ktokolwiek poza Tobą wie, co tam jest.
Kolekcja opisana jest majątkiem. Można ją wycenić, podzielić, ubezpieczyć, sprzedać po kawałku, przekazać dziecku razem z informacją, co jest czym. Jest aktywem jak każde inne.
Kolekcja nieopisana jest zadaniem. Zadaniem, które ktoś kiedyś będzie musiał odrobić – najczęściej w najgorszym momencie swojego życia i najczęściej nie będziesz to Ty.
Ta sama sterta płyt. Cała różnica siedzi w dziesięciu sekundach, których nie poświęcasz przy każdym odsłuchu.
Zbyszek ma rację, że wartość bierze się z pasji, a nie ze ścigania drogich tytułów. Gabriela ma rację, że problem zaczyna się w dniu, w którym trzeba tę wartość wyjąć. Obie rzeczy są prawdziwe naraz i właśnie dlatego warto pomyśleć o tym, zanim ten dzień przyjdzie.
Najlepiej zachowane kolekcje, jakie widziałem, należały do ludzi, którzy naprawdę tych płyt słuchali. Piękna sprawa.
I dokładnie takie kolekcje potrafią wylądować na stole, przy którym dwoje ludzi kłóci się o coś, czego żadne z nich nie potrafi policzyć.
Pasja bez planu nie przestaje być pasją. Po prostu staje się problemem kogoś innego.
Najczęstsze pytania
Od czego zależy wartość kolekcji winyli? Od tożsamości poszczególnych wydań, ich stanu i od tego, czy ktoś to kiedykolwiek spisał. Ten sam tytuł w różnych tłoczeniach potrafi kosztować od kilkunastu złotych do kilku tysięcy, a o wartości dużej kolekcji decyduje zwykle kilkaset konkretnych egzemplarzy.
Czym różni się cena na Discogs od realnej wartości płyty? Cena w ogłoszeniu to cena, której żąda sprzedający. Realna wartość to cena, którą ktoś faktycznie zapłacił. Z mojego pomiaru na blisko tysiącu dwustu wydaniach wynika, że oferty są przeciętnie o około 30 procent wyższe od cen uzyskanych w transakcjach.
Odziedziczyłem kolekcję winyli. Co robić? Niczego nie sprzedawać, zanim nie będzie wiadomo, co w niej jest. Połowa wartości dużej kolekcji siedzi zwykle w kilkuset egzemplarzach, które łatwo sprzedać hurtem razem z resztą, nie wiedząc o tym.
Czy warto słuchać każdej płyty przy wycenie? Przy dużych zbiorach nie ma to sensu ekonomicznego. Pełny odsłuch kolekcji liczącej kilka tysięcy płyt zajmuje lata i może kosztować więcej niż połowę jej wartości. Odsłuch stosuje się wybiórczo, przy pozycjach najcenniejszych.
Czy lepiej sprzedać kolekcję w całości czy pojedynczo? Pojedynczo uzyskuje się znacznie więcej, ale kosztem ogromnej ilości czasu i pracy. Sprzedaż w całości jest szybka, lecz powyżej punktu krytycznego zawsze poniżej wartości rynkowej. Wybór zależy od tego, ile masz czasu – i dlatego warto go podjąć, zanim ten czas się skończy.
Profesjonalna wycena kolekcji
Wycenami i opracowywaniem kolekcji zajmuję się zawodowo – od pojedynczych płyt po zbiory liczące tysiące sztuk. Jeśli chcesz poznać wartość kolekcji winyli, której nikt nigdy nie policzył, odziedziczyłeś taką po kimś albo stoisz przed decyzją, co z nią zrobić, napisz do mnie na kontakt@panwinyl.pl. Pierwsza rozmowa nic nie kosztuje i zwykle wystarcza, żeby wiedzieć, od czego zacząć.
Więcej o winylach, tłoczeniach i analogowym stylu życia znajdziesz w mojej Książce o winylach.
Dziękuję
Pozdrawiam
Pan Winyl
Zobacz też: Czy inwestować w winyle? · Jak ocenić stan winyla i jak go wycenić? · „Mega rare” – jak rozpoznać winylowy skarb?
